biegam bo lubię zawody sportowe

“Na 30km przygotowałem dla Was niespodziankę” – wywiad z biegaczem, Bartoszem Apanasiewiczem

Nie urodził się biegaczem ani triathlonistą. To upór i konsekwencja ukształtowały i wyćwiczyły nie tylko jego mięśnie, ale i siłę ducha. Bieganie całkowicie odmieniło w nim spojrzenie na świat i własne życie. Dziś z dumą nosi tatuaż z logo Biegu Rzeźnika i odlicza dni do kolejnych zawodów. Uczestnik wielu imprez obsługiwanych przez naszą firmę, Bartosz Apanasiewicz, opowiadał nam o swojej pasji, jaką stało się pokonywanie własnych słabości.

Aleksandra Sobczyńska: Jakie były Pana główne wrażenia z pierwszego oficjalnego biegu, w jakim Pan wystartował?

Bartosz Apanasiewicz: Po pierwsze, uczucie, że jestem elementem czegoś wielkiego. Że w tej chwili nie oglądam biegu w telewizji, tylko sam niemal go współorganizuję i jestem jego prawdziwym uczestnikiem. Po drugie, to taka chęć sprawdzenia siebie, tego jak wypadnę na tle innych i poczucie, że jednak coś mogę i nie jestem w tym anonimowy.

AS: Jaki moment z wszystkich zawodów, w których brał Pan udział, najlepiej Pan wspomina? Jaka chwila najbardziej zapadła Panu w pamięć?

BA: Żeby tylko jedna… w zasadzie to wszystko traktuję pod względem przeżyć właśnie. Nie biegam po to, żeby coś zdobyć, tylko po to, żeby coś przeżyć. Więc chyba największe przeżycia są wtedy, kiedy wydaje mi się, że już nie mogę. Wtedy myślę sobie: „Przejechałem 500 czy 600km w Bieszczady żeby pobiegać, więc teraz się nie wycofam ot tak. No nie mogę!”. Chwila zastanowienia, oddech i biegnę dalej. Okazuje się, że jednak mogę. Ta niemoc jest tylko w głowie. To nie mój organizm. Mój organizm może jeszcze wiele, jeszcze nie doprowadziłem się do takiego momentu, żebym zemdlał, dostał jakichś konwulsji czy drgawek i przestał panować nad swoim ciałem. Na razie to wszystko jest tylko w mojej głowie i jestem w stanie to pokonać. To jest chyba najlepsze uczucie, kiedy pokonuję swoją głowę. I pokonuję samego siebie.

AS: Co najbardziej denerwuje biegaczy?

BA: Chyba kiedy nie wiem gdzie biegnę, jak jest źle oznakowana trasa. Najgorsze jest to, kiedy się błądzi. Bo wtedy jest dezorientacja, człowiek się gubi, niepotrzebnie denerwuje i nie może się skupić na przeżywaniu właśnie tych emocji związanych z biegiem. Martwisz się wtedy ,,Czy zabłądziłem? Gdzie ja jestem? Co ja teraz zrobię? Czy mnie zdyskwalifikują?”. To jest chyba dla mnie największy problem.

AS: Biegał Pan również charytatywnie, prawda?

BA: Brałem udział w biegu charytatywnym w Golubiu Dobrzyniu. Bardzo fajny bieg zorganizowany przez miasto Golub Dobrzyń. Chodziło o to, że nie było jako takiego wpisowego, tylko do wyboru były trzy fundacje i na wybraną trzeba było przelać minimum 50zł. Na podstawie tego dowodu wpłaty odbierało się pakiet startowy. Tutaj wpisowe zależało tak naprawdę ode mnie, a przy okazji można było pomóc komuś innemu. Dobrze się przy tym bawiłem, więc dlaczego nie łączyć przyjemnego z pożytecznym?

AS: A myślał Pan o zorganizowaniu jakiegoś biegu?

BA: To pytanie wybiega daleko w przyszłość. Na razie jestem na takim etapie, że chciałbym tworzyć biznes związany ze sportem, np. sklep z artykułami przeznaczonymi do sportów ekstremalnych. Owszem, chciałbym być przynajmniej współorganizatorem, a może nawet pokusić się o zorganizowanie samemu jakichś zawodów, aczkolwiek wiem też, że to nie jest takie łatwe. Na razie myślę o współorganizacji. Później będę rozwijał swoje pomysły, np. mamy triathlon Borówno-Bydgoszcz, gdzie są Mistrzostwa Polski na dystansie pełnym, ale nie ma triathlonu przełajowego. Mamy fajną Puszczę Bydgoską, więc bardzo chciałbym to połączyć. Ale to są naprawdę dalekie plany. Pomysł gdzieś się zrodził i dojrzewa. Nie wiem, czy to jest kwestia roku, dwóch, trzech, ale myślę, że jest szansa, że to wykiełkuje.

AS: Czego Panu brakuje w zawodach sportowych? Załóżmy, że już organizuje Pan zawody. Biorąc pod uwagę wszystkie obserwacje, jakie Pan do tej pory zebrał, czego brakuje i co Pan na pewno by zrobił, poprawił, będąc organizatorem?

BA: Najważniejszy jest klimat na zawodach. I to jest to, co daje OTK Rzeźnik. Jak przyjeżdżam w Bieszczady i jest cała ta otoczka biegu… to jest coś, czego się nie da opisać, to trzeba przeżyć. Mam znajomych, którzy nie biegają, jeżdżą ze mną tylko jako support, ale to, co się dzieje w Bieszczadach, w momencie, kiedy jest Bieg Rzeźnika lub biegi poboczne, tak jak UltraMaraton Bieszczadzki, sprawia, że przyjeżdżają dla samego klimatu. “Wiewiórka na drzewie” czyli grająca kapela, Mirek (Dyrektor Biegu Rzeźnika, przyp.red.), który zawsze wtrąci jakiś fajny dowcip i ci wszyscy ludzie. Oni nie przyjeżdżają tam po to, żeby wyszukiwać problemów, tylko żeby się dobrze bawić. Na samym biegu na przykład spotkałem człowieka, który przyjechał z Trójmiasta. Jechał cały dzień, ledwo zdążył odebrać pakiet startowy, spał w samochodzie, wystartował z nami na biegu i wiedział, że już nie ma czasu na nocleg i odpoczynek, bo musi wracać do domu. Ale powtarzał jedno hasło: „Nieważne jest to, że muszę być w poniedziałek w pracy. Ważne, że jestem tu i teraz z Wami.”. I to jest chyba w tym najważniejsze – żeby się dobrze bawić. Dla mnie nie chodzi o rywalizację i o miejsce. Chodzi o to, żeby przeżyć coś fajnego. Jeżeli bym organizował jakąś imprezę, to będę stawiał na to, żeby była po prostu fajna – żeby była niepowtarzalna atmosfera, a ludzie dobrze się bawili.

AS: Co decyduje o wzięciu udziału w konkretnym biegu? Na co Pan zwraca uwagę wybierając zawody, w których chce Pan wystartować?

BA: Poziom trudności – staram się, żeby przesuwać tą granicę w górę, żeby było coraz trudniej. Z drugiej strony również to, aby spotykać ciekawych ludzi. Na niektórych bardziej komercyjnych biegach atmosfera czasem zanika. Ale jeżeli ktoś organizuje zawody z pasją, to da się to odczuć. Na przykład, na naszym bydgoskim półmaratonie znajomi skrzyknęli się i spontanicznie stwierdzili, że jeden punkt odżywczy będzie zrobiony przez nich, jako całkowicie niezależny. I do tego był to chyba najlepszy punkt odżywczy w całym biegu. Rewelacyjna zabawa, a to co się działo wokół, to właśnie był ten niezwykły klimat zawodów.

AS: Najtrudniejsze zawody, w jakich brał Pan udział do tej pory to…?

BA: Najtrudniejszy i zarazem najfajniejszy to jest chyba UltraMaraton Bieszczadzki. Mamy tam dystans 2/3 Rzeźnika, a czasu połowę. Trzeba się spieszyć i zmagać z tym samemu, a nie w duecie, jak w Biegu Rzeźnika. Mirek, jak zapowiadał drugą edycję, powiedział, że: ,,Na 30 kilometrze przygotowałem dla was niespodziankę”. Spodziewaliśmy się jakiegoś punktu odżywczego. Znając ekipę OTK Rzeźnik, myśleliśmy, że będzie piwo marki Rzeźnik. A tu się okazało, że było tam tak strome, niemal pionowe podejście w ogromnym błocie pod górę. Jak ekipą wbiegaliśmy na ten zakręt, to po prostu wszyscy przeklęli soczyście i jednogłośnie stwierdzili, że takiej niespodzianki nikt się nie spodziewał. Na 32 kilometrze, jak już się skończyły wszystkie podejścia, jeden chłopak usiadł na kamieniu, zaczął płakać jak niemowlę i powiedział, że on dalej nie biegnie, bo się nie nadaje. To go zabiło. A ja to przeżyłem. Właśnie to mnie chyba najbardziej kręci w tym wszystkim. Wyzwanie.

AS: Jakie jest Pana największe biegowe marzenie?

BA: Na dzień dzisiejszy to Mont-Blanc. W planie jest też powstający Bieg Rzeźnika AA500. Na razie chcę przeżyć Bieg Rzeźnika Ultra. Jeżeli uda mi się to zrobić tak, jak zakładam, to następnym wyzwaniem będzie Triathlon Harda Suka.

AS: Jakby Pan zachęcił ludzi do biegania i startowania w zawodach?

BA: Słyszałem takie powiedzenie, że „Jeżeli chcesz coś zdobyć – biegnij sprint. Jeżeli chcesz coś przeżyć – biegnij maraton.” i myślę, że to wystarczy. Jeżeli ktoś chce przeżyć coś fajnego, to im bardziej ekstremalny bieg, tym bardziej ekstremalne przeżycia.

0 odpowiedzi

Dodaj komentarz

Masz ciekawe spostrzeżenia?
Podziel się z nami!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *